sobota, 24 listopada 2007
C.D.N.
Bardzo dziekuję wszystkim czytelnikom: tym wiernym i tym, którzy zaglądali tu sporadycznie. Losy Marianny nie kończą sie oczywiście w tym miejscu. Za jakiś czas nastąpi ciąg dalszy. Ale to będzie zupełnie inna historia:)
42. Marianna wyrusza w drogę
-
Proszę, to twoje rzeczy. Znalazłem ubrania w zakurzonej rupieciarni i zabrałem
w ostatniej chwili. Zanim się wszystko zawaliło. Trochę sfatygowane... Załóż,
pomogę ci. – Hahael uprzejmym gestem podał Mariannie stary, zimowy płaszcz.
-
Ał! – jęknęła Marianna wkładając zabandażowane ramię w wąski rękaw.
-
Ciągle boli? Obawiam się, że tak będzie przez pewien czas. Musisz uważać.
Tak, boli. Dziwne, że boli coś czego nie ma. Chociaż... nie,
to nie jest dziwne. To właściwy stan. Strata zawsze boli.
Marianna
siedziała na marmurowych schodach i wygrzewała się w blasku popołudniowego
słońca. Baltazar leżał u jej stóp, od których nie miał zamiaru już nigdy się
oddalać. Kolejna spokojna istota, która odnalazła swoje miejsce. Treserzy
wyraźnie dali mu do zrozumienia, że zwalniają go ze służby. W nagrodę może
odejść z nowa panią. Dokądkolwiek pani zechce pójść - on podąży za nią.
Sirahel
przysiadł się obok i uważnie przyglądał się blademu, poznaczonemu skaleczeniami
obliczu.
-
Na pewno dasz radę? Może jest jeszcze za wcześnie by wracać? Zostań tu i
nabierz sił.
-
Nie, wszystko jest dobrze. A ręka... ona nigdy nie przestanie przypominać o
próbie. Ból nie ma znaczenia. Ból jest delikatną formą przywracania
świadomości, Sirahelu. Sam wiesz, że łatwo stracić z nią kontakt. Z czasem...
nie będę go już potrzebować. On odejdzie. Przyjdzie całkiem nowy. Trzeba się z
tym oswoić.
-
I będą równie bolesne starcia, zdajesz sobie z tego sprawę?
Marianna
uśmiechnęła się. Do całego świata.
-
Jestem Wędrowcem. Każda sekunda istnienia uczy mnie nowych aspektów życia.
Każda chwila przygotowuje do przyjęcia skrajności. Jestem tym co niosę i tym co
zrozumiem. Dzięki waszej pomocy był to bardzo głęboki proces.
-
Zrozumiałaś bardzo dużo, Marianno. Choć otarłaś się o otchłań...
-
Postawiłam stopę na Tronie Ciemności i wiesz co, Sirahelu?
-
Co takiego?
-
On do mnie pasował. Tak, do pewnej części mnie. Ale ona była w mniejszości. Nie
łatwo przyjąć taką informację i odrzucić ogromną część samej siebie. Tę
najbardziej widowiskową. – powiedziała Marianna.
-
Ach! Dokładnie! To musi być niewyobrażalny rozmach! Taka wolność, władza!
Obłędna pokusa... – Hahael zerwał się na równe nogi i zatopił w niespokojnym
transie nienasycenia.
Manakel
zakrył oczy pełne zażenowania. Marianna zastanowiła się chwilę i zapytała.
-
Czujesz, że to twoja głęboka potrzeba, Hahaelu? Szczerze, jesteś o tym
przekonany? To nic strasznego, to przecież tylko kwestia poznania. I wyboru.
Hahael
podrapał się z mozołem w głowę. Gorączkowe pragnienia przetaczały się dudniącą
falą po korytarzach kryjówki. Niektóre z nich wywoływały bolesne skurcze na
twarzach towarzyszy. Hahael myślał.
-
Przestań już! Niedobrze mi! – wrzasnął Manakel. – I powiedz coś, bo nie wiem
czy mam uciekać czy stawać do walki!
-
Już. Już wiem. Nareszcie to wiem! – Hahael z ulgą wzniósł ręce ku górze. – U
mnie też jest w mniejszości! Cieszycie się??
-
Chwała Najwyższemu! – Sirahel odetchnął. – Szybko ci poszło. Zadziwiające...
-
To było oczywiste. – powiedziała Marianna. – Gdyby było inaczej, nie mógłby
reprezentować Trójcy. I nie udałoby się zamknąć Bramy. – Jesteś stuprocentowym
aniołem, Hahaelu. I nie zmieniaj się, proszę.
-
Zawsze do usług! Jestem gotów na każde wezwanie Wędrowca.
Marianna
skinęła głową na znak przyjęcia pomocy. Pogładziła psa po czarny pysku i powoli
podniosła się ze schodów.
-
Czas na nas, Baltazarze. Wracamy do domu. Do zobaczenia. Wkrótce.
Pies
zamerdał ogonem, obiegł Treserów dookoła i stanął posłusznie przy nodze
Marianny.
-
Dobry czas na powrót – powiedział Sirahel i dyskretnie otarł nieposłuszną łzę.
Wymownie spojrzał na niebo. – Niedługo na ziemi wzejdzie pierwsza gwiazda.
-
To dziś? – zdziwił się Hahael. – Ale się wstrzeliłaś!
Marianna
przystanęła i odwróciła się ostatni raz.
-
Idealnie. Można rzec – zmieściłam się w czasie...
KONIEC
41. Rozmowa
A jednak odeszła... Nie ma nic. Zostały kolejne tysiąclecia
wędrówki. I gniew Księcia.
Czerwony
Dom zniknął. Puste, odarte z wszelkiego krajobrazu pole ciągnęło się aż po
horyzont. Miejsce wyrwane z czasu i ludzkiej percepcji odnalazło swój porządek.
Znowu osiadło na skraju puszczy. Jednak powróciło odmienione. Za kilka lat
powiedzą, że to przeklęta ziemia... W końcu ktoś tu zabłądzi. Ktoś się zdziwi,
zacznie pytać, badać tropy. Narodzi się kolejna mroczna zagadka. Odnajdą się
jakieś płytko zagrzebane kości, spalone resztki domostw, mikroskopijne ślady
pozaziemskiej materii... Tak wiele spraw należy wyjaśnić... Bez wyjaśnienia
nikt nie zazna spokoju...
Nad niczyją ziemią powoli gasło grudniowe
słońce. Brudny i miejscami zakrwawiony śnieg skrzypiał pod nogami Mistrza. Nie
było już czego deptać. Czarny płaszcz, zwisający niedbale z kiepsko
zmaterializowanych ramion zataczał coraz szersze, coraz bardziej nerwowe kręgi.
Mistrz wydeptał wśród ospałych zasp spiralę lęku i oczekiwania.
Książę
nie raczył się jeszcze pojawić.
Przekleństwo hierarchii! Zależności. Związki. Przyczyny i
skutki. Ależ to przekleństwo! Raport, wyjaśnienia. Znowu się zacznie! Czego tym
razem nie zrozumiałeś, EM?? I tysiąc lat na szukanie odpowiedzi! Kurwa, tysiąc
lat na smyczy niebytu, który nie daje żadnej odpowiedzi!!
-
Więc czego, tym razem, nie zrozumiałeś, EM? – filigranowy staruszek w
eleganckim prochowcu stał za jego plecami wpierając się na solidnej lasce.
Odwrócić się..?
-
To byłoby wskazane, EM. Przez wzgląd na szacunek. I hierarchię. – zaśmiał się
Książę.
-
Wybacz, Panie. Nie zasługuję, by oglądać twoje oblicze... Zawiodłem... – Mistrz
z trudem obrócił się i spojrzał w oczy istoty, która rządzi Królestwem Mroku.
Nie sposób się pomylić. Kto raz spojrzał w nieskończoność otchłani nie pomyli
jej z niczym innym. Nawet jeśli elementem potwornej gry jest maska jowialności.
-
Powiedz, EM, jak ty to robisz? Gratuluję talentu! Od stworzenia świata nie
widziałem tak spektakularnej klęski. Popatrz, jak to jest... Kiedy wysyłam
kogoś innego by zniszczył – na przykład - niezniszczalny naród – idzie i
niszczy. Nie trzeba mu dawać wskazówek ani ratować dupy. Kiedy wysyłam ciebie,
żebyś oszukał głupią dziewczynę – wracasz jako wrak, jak ostatni, najgłupszy i
najbardziej zdziwiony pomiot piekielny, orżnięty przez jakąś niedorobioną
dziwkę i zamiast klucza przynosisz mi odrąbaną, śmierdzącą spalenizną
kończynę!! Jak to robisz, EM? Niechcący?!?
-
Nie wiem, Panie... Nie mam pojęcia, byłem tak blisko... Nie rozumiem jakim
sposobem...? Co zawiodło...?
-
Oczywiście, że nie rozumiesz, EM! Jak masz rozumieć coś, czego zrozumieć nie
próbowałeś?!? – Mosiężna laska drżała w dłoni Księcia.
Słońce
zrównało się z Księżycem. I mrok ogarnął ziemię.
- Powiem, ci dlaczego przegrałeś, Mefisto.
Wyjawię ci tajemnicę, do której nie dotarłbyś nawet po stu tysiącach lat
samotnej medytacji. To był dla ciebie zbyt trudny przeciwnik.
Mistrz
przetarł oczy ze zdumienia.
-
Ona? Panie... Ona jadła mi z ręki... To raczej moja pycha przywiodła mnie do
zguby. Nie słuchałem twych rad, wybacz ... Pospieszyłem się.
-
Głupi jesteś, Mefisto. Pospieszyłeś się rzeczywiście. Ale... – Książę ponuro
popatrzył na zawieszony nisko nad horyzontem grafitowy krąg jaśniejący na
krańcach ukrytą jasnością. – ... to nie jest takie proste...
Cisza
rozlała się w przestrzeni. Szatan milczał. A gdy zaćmienie się skończyło,
rzekł:
-
Ona jest drugim Wędrowcem, EM. I właśnie się o tym dowiedziała. Nie miałeś
szans.
Mistrz
zachwiał się. A potem podszedł do Księcia i wziął go pod ramię.
- Chodźmy, Panie. Nic tu po nas.
piątek, 16 listopada 2007
40. Marianna wzywa Treserów
Marianna
uniosła głowę. Wężowe macki zaciśnięte na jej włosach pomogły pokonać słabość
sponiewieranego ciała. Mistrz uniósł zdobycz na wysokość przepełnionych
nienawiścią oczu, przez chwile szukał w niej złudnych resztek wahania.
Ale
nie znalazł tego, czego pragnął. I cisnął ją z furią o kamienną posadzkę.
-
Nie ma dla ciebie nadziei, dziwko!
-
Dla ciebie również... bo twoja strata jest wyższa... – wyszeptała Marianna
rozmazując wierzchem dłoni krew z rozciętego policzka. – Żaden ból żywej istoty nie może się równać
z twoją klęską. Nie stój więc nade mną, bo nic już nie wymyślisz, tandeciarzu!
Czas zamknąć uchylone drzwi!
Wężowy
Mistrz nie wierzył własnym uszom. Można ją zabić, zdeptać jak gnidę, spalić na
proch w jednej sekundzie. Ale cielesna destrukcja nie będzie dostatecznie
wartościowa. Królowa nie chciała okazać
strachu! Wiedział, że udaje. Robiła to jednak za dobrze, za prawdziwie. Haczyk
wbity w jej duszę wysuwał się ze zbyt szerokiej rany.
A może...
Marianna
odwróciła się w stronę najciemniejszego końca komnaty. Przygnieciona klątwą
Mistrza wiedziała, że sama niewiele wymyśli. Jednak, mimo lawiny rozpaczy
wlokącej się w głąb trzewi, nie przestawała czuć, że ktoś tu jest...
Pomóż mi.
Czas
ukrytej w kożuchu pajęczyn niszy rozstąpił się. Otworzyła mu przesmyk prowadzący
na terytorium śmiertelnego wroga. Popłynęły spokojnie, najpierw przytłumione
szepty, ciche nawoływania, potem ogromna, jasna energia, która coraz śmielej
dotykała jej świadomości.
Pomóż mi. Jeśli się nie brzydzisz...
Zamigotała
przestrzeń świetlistego mostu. Nadeszli pewnym krokiem, przygotowani na
spotkanie, podczas którego wszystko miało się rozstrzygnąć. Otoczyli Mariannę
trójkątem jednoczącym siłę i prawo, w imieniu którego zostali przysłani. Nie
była zaskoczona. W jednej chwili przypomniała sobie tysiące lat wspólnej
wędrówki i poznała istoty, które przywołała.
-
Znamy
się, prawda?
-
Oczywiście.
Od pierwszych twoich narodzin.
-
Sirahel, Manakel, Hahael. To wasze imiona.
-
Tak.
Przypomniałaś sobie. Trochę to trwało...
-
Chcę
wrócić. Chcę znaleźć ojca, zapomnieć o tym wszystkim...
-
To
niemożliwe. Nigdy nie zapomnisz. Ale pomożemy ci wrócić. Odprowadzimy w
bezpieczne miejsce, a dalej... Dalej pójdziesz sama. Jak zawsze, Marianno.
Najpierw jednak musisz zamknąć to, co otworzyłaś. Domyślasz się czego będziesz
musiała użyć?
-
Tak,
Treserze.
-
Nie
zawahasz się?
-
Nie. To
wcale nie jest wysoka cena. Wcześniej zapłaciłam dużo więcej.
Koniec
równi pochyłej był blisko. Mistrz posępnym gestem wygonił zdezorientowane i
przerażone obecnością Treserów strzygi. Nie potrzeba więcej świadków. Ten,
który widzi jego kolejną porażkę wystarczy w zupełności.
- Zaczynaj Hahaelu, Mefisto się niecierpliwi. – rzekł Sirahel.
Nie
było specjalnego rytuału. Cisza i skupienie. Jeden z wierzchołków świetlistego
trójkąta rozżarzył się intensywnie i strumień czystej woli zakomunikował
Mistrzowi:
„Ziemia
zamyka się przed ciemnością. Człowiek odwraca się od niej i kieruje twarz ku
Jedności. Nie posłużysz się życiem w imieniu śmierci. Brama zamyka się.”
A
potem zajaśniał Manakel:
„Zło upada i wraca w głębokie doliny. Nie wyrządzisz krzywdy
człowiekowi, który wraca do domu. Opieka Stwórcy rozbije twoje zamiary i zwróci
je przeciw tobie. Brama zamyka się.”
Czerwony
Dom rozpadał się. Ze ścian osuwały się zwały padliny i gnijące strupy materii.
Mistrz patrzył beznamiętnie na koniec swego najważniejszego dzieła. Znał
zasady. Wysłucha trzeciego i zada pytanie. Ciekawe czy jej powiedzieli?
Jasność
narastała. Sirahel zakończył przekaz najwyższej woli:
„Poszerzam światło wewnątrz i na zewnątrz stworzenia. Nowe
siły napełniają jego duszę, która sama odnajduje swój los. Nie należy do ciebie
i nigdy nie należała. Zamyka się Brama!”
Nikt
się nie poruszył. Marianna nisko pochyliła głowę i szukała sił by wypełnić do
końca zadanie. Zabić na głucho drzwi, które przed chwilą zatrzasnęły się przed
zdziwionym nosem Księcia.
-
Zwróć mi mój znak, Pani, skoro zamierzasz mnie porzucić! –zaśmiał się
pogardliwie Mistrz.
Marianna
popatrzyła na swoją dłoń. Naznaczona wypalonym piętnem Ciemności ręka
poszarzała i pulsujący ból powoli wspinał się ponad nadgarstek. Znak Ciemności.
Nie można go zabrać w drogę powrotną...
-
Nie potrzebuję pamiątek z naszego spotkania – uśmiechnęła się.
Ułożyć palce. Wskazujący i kciuk do przodu, reszta
podwinięta. Ręka, która zamyka Trzecią Bramę.
- Odwagi. – szepnął Sirahel.
- Ostatnio mam jej za dużo. – odrzekła Marianna.
Z
fałd sukni wydobyła Miecz, ułożyła prawe ramię na kamiennym postumencie i z
chłodną precyzją doświadczonego rzeźnika - uderzyła.
Odrąbana
dłoń spadła pod nogi Mistrza.
-
Zwracam... twoją... własność... Nie jestem ci nic... winna. Brama zamknęła
się... – powiedziała Marianna i zemdlała.
Przestrzeń
przemieściła się. Świetlisty most przebił strop Czerwonego Domu, zmiótł nędzne
resztki iluzji i czas Ziemi powrócił na
swój stary tor.
wtorek, 13 listopada 2007
39. Zemsta Mistrza
Opadły
na nią dzikim, oszalałym pędem. Wbiły się we włosy, skórę, szarpały jej białą
szatę i raniły bose nogi. Błoniaste skrzydła tłukły się o twarz Królowej, Pani,
której miały służyć... Marianna starała się osłonić oczy, schować głowę w
ramiona. Niezdarnie odpędzała tysiące głodnych, wysysających życie upiorów.
Stado wyczuwało jej słabnące siły i wolę. Skrzeczące strzygi triumfalnie
zadzierały umazane krwią pyski by wydać z gardeł radosny okrzyk.
A
Mistrz patrzył w milczeniu.
Już prawie cię nie ma, Królowo. Już pragniesz umrzeć.
Okrutne figle płata los tchórzliwym marzycielom... Wszystko już zrozumiałaś,
Pani? Misterną intrygę, której nikt by się nie oparł? Trzymałem w dłoni twoje
serce, przyglądałem mu się długo... Prawie zmieniło kolor. Na ciemniejszy,
bardziej wytrawny, gęsty. Prawie skamieniało służąc mi z oddaniem. Będziesz
żałować każdej swojej decyzji. Nie zniesiesz tej pustki, Pani. Szaleństwo
byłoby dla ciebie wybawieniem, ale nie pozwolę na to. Bardzo przytomnie
odczujesz moje dary. Udrękę życia, którego nie możesz zakończyć...
Marianna
leżała na wilgotnej ziemi.
Resztki
wiary wyciekały z niej spienionym strumieniem i wsiąkały w terytorium Księcia.
Strzygi siedziały na jej ciele, nasycone energią i żywotnością, czekały na
dalsze rozkazy swego pana.
Pan
nie zwracał na nie uwagi. Mrużąc szare oczy lepił z mozołem swoją zemstę.
-
Boli cię dusza, Pani? Tanio sprzedałaś swój majestat, ale tak to już jest...
Chwila nieuwagi, mrugnięcie okiem i wszechświat wali się na głowę. Istnienie
zmiażdżone ciężarem winy. Koszmar publicznej porażki, że tak powiem... Moi
słudzy mogliby się uczyć od ciebie jak osiągnąć dno poniżenia. Oto jesteś
Królową-Suką. Która nie ma już nic!
Nicość też waży swoje, Pani. Gęstość nicości wcale cię nie
zaprasza. I tam będziesz obca. Jak nigdzie indziej...
-
Nie wyjdziesz poza te słowa... – urywany szept, chropowaty jak sucha ziemia.
Marianna nie czuje ruchu ust, dźwięki formuje nieznana siła. Z trudem
przepychają się przez popękane wargi próbując walczyć z szyderstwem. – One mnie
nie dotkną głębiej niż ci na to pozwolę... Nie odebrałeś mi wszystkiego.
-
Potworny strach pęta mi myśli i odbiera czerń mego wnętrza! Zesram się wnet mym
wężowym odbytem, a niech to, potrafisz rozbawić demona! – Mistrz kucał nad
poszarpanym kształtem swojej największej porażki. I grał dalej.
Pobojowisko
w Czerwonym Domu powoli rozpełzało się na coraz większa przestrzeń. Kamienne
ściany osmalone ogniem pochylały się niebezpiecznie ku sobie. Iluzja Mistrza
słabła, rozpadała się na skrawki chaosu, z których ją poskładał. Armia Księcia
przerwała bojowy marsz. Ucichły pieśni powitalnego chóru a wieczna
teraźniejszość zamarła z konsternacją.
Trzecia Brama nadal była zamknięta. Mistrz wiedział, że nie powita dziś
swego pana.
poniedziałek, 29 października 2007
38. Cień znika
Boję
się...
I
nie jest mi wszystko jedno, Tato... Niczego nie naprawię. Z niczego się nie
wytłumaczę. Musisz natychmiast uciekać! Idź za psem, ja odwrócę jego uwagę...
Krawędź
stołu eksplodowała. Ogień objął drewnianą konstrukcję, wspiął się szybko na
zwłoki kobiety i zamienił ofiarny ołtarz w pogrzebowy stos. Marianna i Cień cofnęli
się gwałtownie. Baltazar zaskomlał przeraźliwie i pognał przed siebie. Cień
nawet nie drgnął. Nie miał takiego zamiaru.
Złudzenie
kryjówki rozwiało się...
-
Na co liczyłaś, Pani? Że zginę marnie? - Stwór zbliżał się wolnym, mlaskającym
śluzem krokiem. Chwycił miecz i wyciągnął go z ruszającej się rany. – Sądziłaś, że można mnie zabić przebijając
ciało, które jest iluzją? – Po komnacie przetoczył się jadowity śmiech.
-
Niewiele się nauczyłaś, Królowo... Niczego się nie nauczyłaś. I bardzo, bardzo
mnie zawiodłaś...
- Masz rację, ona nie może cię zabić. Ale może się od ciebie
uwolnić. Może zamknąć ci dostęp do siebie... przypomni sobie... – powiedział nagle Cień.
-
I to była ostatnia rada jakiej udzieliłeś, przybłędo!
Nieludzko
szybki ruch wężowego ramienia. Świst rozcinanego powietrza, załamanie
przestrzeni. Miecz ciśnięty przez Mistrza obraca się trzykrotnie w powietrzu,
mija o cal twarz Marianny i uderza człowieka-cienia. Mglista postać rozmywa
się, wiruje wokół zawieszonego w jej środku miecza, kłębi się nieregularnym
tumanem kurzu i coraz ciaśniej obejmuje żelazny rdzeń.
Tato!!!
Po
chwili nie ma już nic. Oprócz wąskiej smugi dymu unoszącej się z poczerniałego
ostrza.
-
Co z nim zrobiłeś?!? – Marianna wpatruje się z przerażeniem w leżący pod nogami
miecz. Nie może powstrzymać łez i ataku obezwładniającej pustki. Drugi
raz... Można stracić kogoś drugi raz...?
-
Zabiorę ci wszystko Droga Pani. Niewiele tego zostało, ale wezmę nawet
najdrobniejsze szczątki twojej nadziei, nierozsądne myśli o ucieczce, zużyte
wspomnienia, tragiczne – och, i bolesne! – wyrzuty sumienia, poszatkuję nawet
kundla, żebyś nie wzdychała błądząc po lodowatej pustyni piekła do stworzenia,
które głaskał twój wspaniały i zapomniany tata. Zrobiłem z nim najgorszą rzecz,
jaką można zrobić ludzkiej duszy. Pozbawiłem go spokoju i własnego miejsca. Nie
odnajdziesz go nigdy, Pani! Królowo, wybrałaś...
Obojętność
Mistrza otwiera otchłań okrucieństwa. Zemsta nie cieszy w obliczu klęski. Ale
da dobre wspomnienie. Być może ostatnie, z którym będzie się tułał po obcych
królestwach, przez wieki wygnania z domu Księcia.
Płonący
stos przesłania postać Mistrza. Łzy, których nie da się już ukryć rozmazują
karykaturę stwora w obraz szalonego artysty. Uwierzyłam mu...? Uwierzyłam
w siebie...? To nie będzie walka. Nie ma na to siły. Tylko wysłuchanie
wyroku. A potem...
Potem
Mistrz odwinął z nadgarstka bicz, strzelił stalowym batem trzykrotnie i zanucił
rymowankę.
„Słudzy Mroku przybywajcie, czas nie nadszedł,
lecz uparcie głód nasycić jest okazja.
Na ramiona, włosy, w serce, w brzuch wkładajcie trupie
ręce!
Bierzcie radość, życia wolę, krew mieszajcie z łez
popiołem.
Oczy dziobcie paranoją, gryźcie stopy – niech nie stoją
nigdy na bezpiecznej ziemi. Przybywajcie głodne cienie!”
Niewidzialne sklepienie komnaty ożyło. Nad głową Marianny rozległy się
piskliwe skrzeki szamoczących się skrzydlatych stworzeń. Z sekundy na sekundę
przybywało ich coraz więcej. Nadciągały wielkim, wygłodniałym stadem, by
pożywić się ludzką duszą.
wtorek, 23 października 2007
37. Marianna wbija miecz
-
To kłamstwo! Kłamiesz, Cieniu! – Miecz niebezpiecznie przeskakuje z jednej
dłoni do drugiej. Królowa bezwiednie krąży wokół stołu. Rany z mozołem zagojone
za sprawą nieludzkiej ilości winnego
eliksiru zaczynają się powoli otwierać...
- Zaczynasz czuć ból, Marysiu? Zaczynasz się bać? Wracasz do
ludzkiej, niedoskonałej postaci...
-
Zamknij się!
- Czyżby coś ci umknęło, dziecko? Twój Mistrz nie do końca
wyjaśnił ci zasady. Wiesz kim on...
Marianna
nie dowiedziała się co chciał powiedzieć. Cień znieruchomiał.
-
Naprawdę wiesz kim jestem? Powiedział ci ktoś, czy może... czytałeś..? –
zapytał Mistrz.
Pojawił
się nagle przy boku Królowej. Ogromny, zwalisty potwór, którego ciało tworzyło
kłębowisko węży nieustannie wijących się, pożerających się nawzajem i
wykluwających się od nowa z nadgniłych, zepsutych jaj. Tylko oczy były te same.
I stalowa lina okręcona wokół wężowego przedramienia.
-
Uwłacza mi twoja parszywa obecność, przybłędo! Jestem potęgą, której imienia
nie wypowiesz. Twoja marność kala mój dom. Nie zbiję cię osobiście. Bardziej
będzie bolało jeśli zrobi to ona! Ojcowska misja skończona, Cieniu!
Marianna
poczuła ciepło. Miecz rozpalił się do czerwoności wypalając w skórze głęboką
ranę. Naznaczył dłoń Królowej znakiem swoich władców. Z krzykiem upuściła
gorące żelazo.
-
Oto twoja nienawiść, Pani! Wiesz co masz z nią zrobić!
Wiem, Mistrzu...
Przyklęknąć na kolano, pochylić się, uchwycić rękojeść,
unieść barki, obrócić miecz w płaszczyźnie pionowej. Skierować sztych pod prawą
pachę. Pchnąć z całej siły. Nie patrzeć
za siebie...
Coś
obryzgało jej włosy, szyję i plecy. Poczuła obrzydliwy smród i instynktownie
rzuciła się do przodu. Przeleciała przez ofiarny stół, przetoczyła się po
lepkich zwłokach kobiety i upadła z hukiem u stóp Cienia. Przykucnęli za
prymitywną barykadą, która nie dawała żadnej ochrony.
Monstrum
patrzyło uważnie na swoje podbrzusze, z którego sterczał Miecz Ciemności. Wbity
aż po gardę. Kawałki wężowych splotów wiły się u jego stóp w kałuży ohydnej,
bulgoczącej mazi. Z rany, wąską strugą, wypływał bura ciecz i czarne oleiste
krople, które po zetknięciu z ziemią niszczyły wszelką materię i zasysały do
środka najdrobniejsze cząsteczki światła. Mistrz powoli podniósł głowę i
spojrzał na Mariannę. Szare oczy zasnuły się mlecznym bielmem.
-
Przesadziłaś, dziwko. Za kilka sekund będziesz mnie błagać żebym skończył.
Obiecuję, że nie będę się spieszył...
środa, 17 października 2007
36. Marianna krzyczy
Miecz
powinien był opaść.
Ułamek
sekundy temu.
Wciąż
jest w górze. Wysoko uniesiony nad głową Królowej lekko drży rozmazując
odbijający się na jego powierzchni zaskoczony wzrok Mistrza.
-
Uderzaj, Pani! – ciemność posłusznie niesie wściekły okrzyk. – Nie odwracaj
się, uderzaj!!
Ale
Marianna nie słyszy rozkazu. Może dlatego, że armia Księcia tupie coraz
donośniej a ryk Mistrza zagłusza myśli. A może ktoś wydał silniejszy rozkaz?
Odwróć się.
Woskowe
palce ofiary przyciągają uwagę. Siny paznokieć wyznacza linię, na której los
postawił jeszcze jedną możliwość. Trzeba powoli ześliznąć wzrok z trupiego
palca, płynnie wykonać obrót przez prawe ramię i spotkać swoją przeszłość...
-
O nie. Nie.
Człowiek,
a właściwie jego szary cień stoi w nogach ofiarnego ołtarza. Z ogromnym
smutkiem patrzy na Mariannę, patrzy na konającą kobietę. I znowu na Mariannę.
Prawie przestaje widzieć między nimi różnice. Oprawca i jego materiał
przynależą do wspólnego zbioru.
Cień
stara się nie rozglądać dookoła. Przygarbioną postać obiega nerwowym truchtem
pies. Ciągnie człowieka za nogę, jakby ponaglając do działania.
- Co ty robisz, Marysiu?
-
Odejdź stąd, tato. Gdziekolwiek jest teraz twoje miejsce. Odejdź. Przecież
doskonale to umiesz.
- Dobrze, dziecko. Tylko przedtem muszę zrozumieć po co ci
to wszystko...
-
To proste, tato. Tak proste, że nie ma słów, żeby wytłumaczyć to komuś takiemu
jak ty...
- Spróbuj. Jak dawniej.
-
Nie ma czasu na opowieści. Idź stąd!
- Przerwałem ci zabawę, Marysiu? No tak, twoja lalka powoli
stygnie. Uczyń jednak przyjemność ojcu i powiedz: po co?
Nienawidzę cię. Nienawidzę twojej obecności. I twoich pytań.
Ale jeśli naprawdę chcesz wiedzieć...
-
Dobra. Wytęż uszy, cieniu. Coś się kiedyś stało. A teraz stanie się coś innego.
Musi się stać, bo ja tak chcę. Po to, żeby już nigdy, nigdy więcej nie czuć
żadnej więzi z tym co było kiedyś. Żeby oderwać się od ciebie, od życia, w
które mnie wysłałeś, beztrosko odchodząc! Ruszaj w życie, Maryniu, ja
wyjeżdżam! Pamiętasz? Po to, żeby poczuć się panią własnej woli, bez ohydnej
nici, która zlepia mnie z twoim wspomnieniem, z tą beznadzieją, która wlecze
się za mną i której nie mogę udusić i zniszczyć! Żeby wszystko było inne, cały
świat, żeby wszystko umarło, żeby zapłacić za zdradę i nijaką codzienność. Już?
Zrozumiałeś? Więc idź, nie chcę cię widzieć!
- Dziecko... Masz żal, że umarłem? To był wypadek. Marysiu.
Zwyczajny wypadek. Ludzie czasami się topią...
-
Jakim sposobem, tato? Jak mogłeś się utopić? Przecież sam uczyłeś mnie pływać!
- Nie zdążyłem. To nie tak. Chciałem, ale nie zdążyłem nauczyć cię wielu
rzeczy. A ty sama nigdy już nie spróbowałaś...
poniedziałek, 15 października 2007
35. Dłoń, która otwiera Trzecią Bramę
Marianna
pochylała się nad ofiarnym stołem. Spokojnym i ciepłym głosem przemawiała do
duszy kobiety, która prawie bez życia leżała w plątaninie żelastwa i strugach
zaschniętej, czarnej krwi. Rozpaczająca dusza siedziała na skraju stołu,
częściowo tylko zespolona ze sponiewieranym torturami ciałem. Gdyby nie
otoczenie, w którym się znalazła, zmęczona i pozbawiona wszelkich drogowskazów,
już dawno odeszłaby w swoją stronę. Tylko, że była w pułapce. Zaczęła
uświadamiać sobie, że nikt nie przyjdzie w to straszne miejsce aby zabrać ją do
cichej Poczekalni.
- Nie możesz teraz odejść. Wróć do ciała. Jeszcze nie
nadszedł czas. –
Łagodność Marianny nieco koiła szamotaninę ducha, który każdą cząstką energii
wyczuwał odbywający się tuż obok taniec demona.
- O tak...
połóż się bez lęku, wszystko potrwa tylko chwilę. Potem odprowadzę cię w
bezpieczne miejsce. Już dobrze...
Półmartwa
kobieta nagle otworzyła oczy. Była przytomna. Poczuła jak czyjeś zimne palce
uchwyciły przegub ręki i czule głaszczą wnętrze jej dłoni. Nie mogła
wyswobodzić się z trupiego dotyku. Poznała ręce Pani, najokrutniejszej z istot,
którym służyła. Wielokrotnie zaznała ich drapieżnej gwałtowności na swoim
gardle i twarzy. Szarpnięcie było niepotrzebne. Uchwyt Królowej przestał być
delikatny. Brutalna siła zaczęła prostować i wyginać palce ofiary.
-
Nie pomagasz mi... – syknęła Królowa. Kobieta nie usłyszała słów, ale wiedziała,
że makabryczna gimnastyka czemuś ma służyć. Przestała walczyć i rozluźniła
drętwe palce.
Już
lepiej! Kciuk i wskazujący do przodu! Mają być wyprostowane! Resztę podwiń –
Marianna nadawała precyzyjny kształt brudnej, posiniałej dłoni. – Doskonale!
Kiedy odetnę ci dłoń – umrzesz. Ciało stężeje i żadna siła nie nada twojej prawicy właściwego ułożenia... A teraz jest dobrze. Oto znak odkrytej prawdy, który
otworzy każde drzwi, każdą bramę w świecie widzialnym i niewidzialnym. Uformuję
symbol najwyższej wiedzy płynącej ze źródła. Dotyk Miecza Ciemności przemieni
kawałek ludzkiego ciała w klucze do
miasta władzy, w którym zamieszkam. I odpocznę... To tylko chwila. Jedno mocne
cięcie.
Blask
świec odbił się gwałtownie w klindze miecza. Zalśniły szarym ogniem oczy
Mistrza krążące wokół płonącej obręczy. Teraz!
„ Śmierci pokłon, śmierci władza! Książę Świata tu powraca.
Śmierć ofiarę swoją zbiera. Trzecią Bramę dłoń otwiera!”
wtorek, 09 października 2007
34. Człowiek - Cień
-
Zrób z nim coś! Uderz go w twarz, niech się ocknie! – Manakel zwisał bezwładnie
w ramionach towarzyszy. Blada twarz pokryła się drobnymi kropelkami potu.
Zwyczajnie zemdlał.
-
Czy jest na sali lekarz? – Hahael zaśmiewał się nerwowo. Gorączkowo potrząsał
ciałem kolegi i bezradnie kręcił się w koło. Stracił głowę, stracił rozsądek i
wszelką percepcję.
Potężny
kopniak osadził go w miejscu.
-
Wieki na to czekałem! – wyszeptał Sirahel poprawiając przekrzywiony
trzewik. – Oprzytomniej idioto! Jeden
bezwładny wystarczy, zajmij się nim! I ciszej, na Boga, zduś ten pomylony
chichot. Po prostu stój bez ruchu.
-
To bolało, wiesz?
-
Ojej, daj, pocałuję! Tylko nie wiem co na to szef...
-
Jesteś jakiś dziwny, Sirahelu. Co się z nami dzieje?
-
Ci... Budzi się. Spójrz, już z nim lepiej. Zakryj mu usta, bo może zacząć
lamentować jak oprzytomnieje! – Sirahel kreślił w powietrzu znaki dając rozkaz
kompletnej ciszy. – Już dobrze,
Manakelu, spokój. Stoimy i czekamy. Ogarnij się jakoś...
Treserzy
ukryli się za potężną kolumną, w niewielkiej, zacienionej niszy. Wszędzie
śmierdziało trupem i nie wietrzoną piwnicą . Nie byli u siebie. Obcy grunt był
tak przesycony śmiertelną beznadzieją, że nie każdy to wytrzymał. Ale już jest
dobrze. Już mają jako-taką kontrolę. Nad sobą.
Od
początku obserwowali rytuał ofiarowania. I nie mogli nic zrobić. Mogli tylko
patrzeć. Albo leżeć zwinięci w czarny kłębek, jak Baltaraz u stóp szarego
cienia.
Postać
ukryta w najciemniejszym kącie kryjówki nie miała siły oglądać ceremonii. Stała
pod ścianą, odwrócona twarzą do zimnego
muru i połykała łzy. Wyciągnęli go z bezpiecznej Poczekalni, w której wiecznego
spokoju nie zakłócał najdrobniejszy szelest, żadne słowo. Trwała tam wieczna
cisza i bezruch, który kołysał wszystkie wspomnienia – dobre i złe. A teraz, obudzony
z wiekuistego oczekiwania, musiał stawić się w królestwie najczystszego zła.
Spojrzeć na śmierć i cierpienie, na szaleństwo i tratujące ziemię nogi demonów.
Trudno to wytrzymać, nawet im – Treserom, zaprawionym w najcięższych bojach. Jakim
cudem zwykła, cicha dusza, która
odeszła ze świata, by zaznać spokoju może wytrzymać ten widok? Nie ma gdzie się
schować, nie ma drogi ucieczki. Jest strach, którego nie odczuwał od wielu lat.
Cień
nie musi patrzeć za siebie. Wie co dzieje się w mrocznej komnacie. Dusza
kobiety-ofiary siedzi na dębowym stole. Nie uwolniła się jeszcze z resztek
życia – tym bardziej cierpi i chce uciec przed przerażającym aktem okaleczenia.
-
Marysiu!
– twardy kamień wysłucha
wszystkiego, każdej skargi. Przyjmie każda łzę – z taka samą obojętnością.
Człowiek
Cień jeszcze bardziej kurczy się w sobie.
Nie
może patrzeć na swoją córkę unoszącą w górę Miecz Ciemności.
|
|